Duchowość



Menu:
Nasze propozycje
Zapisy
Fundusz rekolekcyjny
Świadectwa
Czytelnia
Lektury
Inne ośrodki rekolekcyjne
Linki
Dojazd
Mapa serwisu
Kontakt
Wyszukiwarka:
Newsletter:
Prosimy zaznaczyć rodzaj biuletynu-kwartalnika, podać imię i nazwisko i adres e-mail:
Rekolekcje
Media



Wieści RSS

Ogłoszenia:

 Terminy rekolekcji, sesji i warsztatów na rok 2010.

Istnieje możliwość zamówienia intencji Mszy św. w naszym Ośrodku. W tym celu prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego  

 
Najnowsze artykuły:

 
Czytelnia: Piotr Faber SJ - medycyna krzyża, Louis-Martin Cloutier SJ Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu

 

Poniższy referat został wygłoszony w Loyoli  na kongresie pt. "Historia i aktualność  Ćwiczeń Duchowych" w sierpniu 2006 r. w 500 rocznicę urodzin Piotra Fabera i Franciszka Ksawerego i 450 rocznicę śmierci Ingacego Loyoli.

 

PACJENT JAKICH WIELU

W dniu świętych Fabiana i Sebastiana byłem z człowiekiem, który potrzebował pocieszenia i jedyna rzecz, jaka przyszła mi wtedy do głowy, aby ulżyć jego duszy, to ta że duchowe cierpienia wszystkich ludzi mają za przedmiot i przyczynę ich nadmierną obawę, iż pewnego dnia będą w stanie podobnym do stanu Chrystusa, Jego Matki, Dobrego Łotra lub Ucznia, przy czym najbardziej przejmuje ich lęk, że przyjdzie im podzielić los Chrystusa na krzyżu.

Te słowa wyjęte z Memoriale to niemal ostatnie, jakie Piotr Faber zapisał w swym dzienniku. Dla nas zaś niech staną się punktem wyjścia.

Piotr nawiązuje do pewnego spotkania z człowiekiem, który potrzebował pocieszenia. Zapisuje stwierdzenie: nasze cierpienia biorą się stąd, że boimy się podzielić los Chrystusa ukrzyżowanego. Często widział ten lęk w ludziach, z którymi się spotykał. Dojrzał go nawet w Piotrze Kanizym w czasie, gdy udzielał mu Ćwiczeń Duchowych. Faber nie ujawnia, czego doświadczył spotkany przezeń człowiek; można jedynie wnioskować, że były to doznania podobne do Jezusowych. Jednak w przeciwieństwie do Jezusa, który przyjął dobrowolnie i całkowicie swe cierpienia, ów człowiek popadł w smutek z ich powodu.

Co więc uczynił Piotr, aby ulżyć cierpieniom tego człowieka? Prawdopodobnie zalecił mu jako lekarstwo: iść naprzód i iść aż do końca, zmierzyć się z losem, który budzi w nim lęk i chęć ucieczki, to znaczy: ze swym własnym krzyżem. W nim znajdzie pocieszenie, dzieląc i współodczuwając cierpienia Jezusa ukrzyżowanego.

Tekst ten pragnie rzucić światło na lekarstwo przepisane przez Piotra: dzielić cierpienia Jezusa ukrzyżowanego. Podejmując ten temat odpowiedzmy na pytanie: skąd u Piotra taka wiedza lekarska. Rozsądek mówi nam, że najpierw wypróbował ją na sobie, a potem na bliźnim, ponieważ sam dobrze znał tę udrękę i smutek paraliżujący całe serce. A więc kontynuujmy nasze rozważania…

JEGO RANY: DUCHOWE UDRĘKI

26 marca 1543 w czasie wielkanocnym, Faber na nowo diagnozował strapienia swego ducha. Rozpoznał, że są one jego krzyżem. Nie po raz pierwszy mówił o swym krzyżu tak jawnie. Ten krzyż był mu od dawna znany. Był dlań czymś tak zwyczajnym, że jesteśmy skłonni widzieć jego obecność na każdej stronie Memoriale. Nie ma z naszej strony żadnej przesady w tym stwierdzeniu, ponieważ krzyż jest tam obecny na różne sposoby. Pojawia się pod  trzema postaciami, które Faber nazywa wyraźnie:

1. Najpierw mówi: Czuję mniej, niżbym tego pragnął, znamiona Bożej miłości.

W dzieciństwie był pasterzem i pozostał nim w wieku dojrzałym. To czego pragnął najbardziej, to przebywać na pastwiskach Bożych, na rozmowie serca z sercem Boga, gdzie znajdował życie, mężczyzn i kobiety w każdym wieku, którzy byli mu powierzeni. Kochał Boga z całego serca swego i ze wszystkich sił swoich dla miłości Boga samego i Jego darów, szukając Go we wszystkim, i to bardziej w działaniu, niż w modlitwie. Ale nieraz przejmowało go lękiem, że trwa w niemożności modlitwy (dosł. przejmowała go lękiem niemożność znalezienia pobożności) - bezpośredniego poznania i smakowania  tego, co dotyczy Boga, i to nawet podczas wielkich świąt liturgicznych, do których był tak dobrze przygotowany. I tak na przykład w Noc Bożego Narodzenia 1542 skonstatował z rozpaczą, jest w nim chłód wobec tak upragnionego wydarzenia  jak narodziny Jezusa. Był bezradny. Usiłował zmierzyć swą miłość do Boga dobroczynnymi skutkami żarliwości swego serca, ponieważ rozpaczliwie pragnął czuć Jego obecność.

2. Stwierdził również: Czuję bardziej, niżbym chciał, znamiona Starego Adama we mnie;

Rozwój życia duchowego był dlań wznoszeniem się ku Bogu i Jego darom. Pragnął nakłaniać swoje serce do wzlatywania, wzrastania, postępowania do wewnątrz, nie tylko z obawy przed schodzeniem, cofaniem się, upadaniem, ale z miłości... aby żyć w intymności z Panem. Paradoksalnie, to wznoszenie było schodzeniem, powrotem do serca. Ta interioryzacja słowa Bożego rodzi w nim Boga, a szczególnie Chrystusa poprzez kontemplację Jego tajemnic. Właśnie na tym poziomie rozgrywa się prawdziwa reforma Kościoła: na poziomie osobistego nawrócenia serca. Nie była mu jednak oszczędzona, wręcz przeciwnie, walka z siłami, które powstrzymywały jego wzloty do Boga i w miłości do braci i sióstr. Niepokoił się, że ma tak wielkie skłonności do zła i z każdej strony otacza go zaraza ciała, świata i złych duchów. To właśnie rozumiał przez żądze. Dręczyły go nie tylko od strony cielesnej, jako nieczystość, lub od strony intelektualnej, jako ciekawość, ale również od strony duchowej, zawłaszczając nadmiernie modlitwę i żarliwość, którą Bóg kładzie dobrowolnie i bezinteresownie w jego biedne serce, jak to się stało w ową Noc Bożego Narodzenia 1542.

3. Na koniec dodał: Nie mogę wykonać całego dzieła, jakiego pragnę dla zbawienia dusz.

Faber chciał dać świadectwo swej miłości do Boga kochając bliźniego swego, pragnął narodzić się w pełni dla wszelkich dzieł pożytecznych i zatracić się w tej miłości. Chciał być naśladowcą Chrystusa. Taką cześć chciał oddać Chrystusowi. Czuł, że serce mu pęka na myśl o tym, że nie uczynił nic ważnego dla chwały Boga i w Jego służbie. Cierpiał również wskutek tego, że ciągle był wyrywany ze swego środowiska, nie mógł pomagać więcej lub lepiej i nie mógł zebrać owoców swej pracy (list do Ignacego z 7 listopada 1542). Ale cierpiał też z obawy przed osądem innych, przed podziwem, przed podejrzeniami, przed pogardą i przed oczekiwaniami ludzi wobec niego. Przywiązywał zbyt wielką uwagę do wad ludzi i narodów, co sprawiało, że miotał się między nadzieją i zniechęceniem. Bał się przy tym, że jego serce pociemnieje, miłość zacieśni się i straci łaskę Bożą.

To krótkie exposé na temat przejawów jego krzyża, sytuuje nas w centrum dramatu Fabera. Widzimy, że ten krzyż jest głęboko zakorzeniony w miłości Boga: w jego uwielbieniu Boga. Ta miłość jest korzeniem jego życia, na którym wyrosła miłość siebie samego i miłość innych. Widzimy też, że nasz błogosławiony Piotr był silnie doświadczany w każdej z tych trzech rzeczywistości. Doznaje konsekwencji grzechu w chorobach duchowych: lęki i smutki. Taki był jego krzyż. Kiedy nachodziły go ciemne moce świata lub jego duszy, nieraz tracił przytomność i zdawało mu się, że upadnie. Miał wrażenie, że brakuje mu oparcia naturalnego i nadprzyrodzonego, aby stać prosto. Jego dom był mocno zachwiany aż po fundamenty. Bał się, że się zawali. Ileż to razy pojawia się w Memoriale pojęcie konsolidacji

Jednakże słyszał wezwanie rozbrzmiewające w jego sercu: Ty pragnąłeś zdjęcia z krzyża przed śmiercią, ale Chrystus umarł na krzyżu. Dlaczego więc wciąż jeszcze wahasz się czy umrzeć na swoim własnym krzyżu?. Łaska krzyża czekała łagodnie pod drzwiami. Miał silne pokusy, aby ją odrzucić, ale wiedział, że można mieć nadzieję na uleczenie z chorób, pokus i upadków, jeśli będzie zbliżać się do krzyża Chrystusa, przy którym czuł się silny i niezachwiany, kochany miłością  niezrównaną i absolutną.

LEKARZ I LEKARSTWO: KREW JEZUSA

W chwilach zmagań z  tym mocami, które próbowały go oddalić od miłości Bożej, miłości siebie samego i bliźniego, Piotr zaczynał szukać, pytać i pukać do drzwi, usiłował wznieść się do najistotniejszej inspiracji, najistotniejszej łaski, to znaczy do samego Boga, a konkretnie do Chrystusa, z nadzieją, że dozna wewnętrznego wzmocnienia. Mieszkało w nim tak wielkie pragnienie prawdziwie trwałej pobożności, że pokornie szukał Mistrza i Pana tam gdzie łatwo mógł Go znaleźć w chwilach wzburzenia. Dążył w ten sposób ku temu, co przynależy do krzyża, to znaczy ku Chrystusowi, który tak bardzo umiłował ludzi, że umarł na krzyżu z powodu ich grzechów.

Jednym z najistotniejszych przymiotów Jezusa ukrzyżowanego było dla Piotra to, że wylał swą krew za niego, oddał całą swą krew najczystszą dla niego . Krew, to była przecież najintymniejsza substancja Jezusa, Jego życie, dotykalny znak Jego miłości..

Krew Jezusa była lekarstwem. Piotr lubił modlitwę Anima Christi. Miał szczególne nabożeństwo do pięciu ran, do przedmiotów nacechowanych znakiem krzyża i do relikwii. Lubił podpisywać się znakiem krzyża. Oprócz odprawiania Mszy, szczególnie cenił tajemnice z życia Jezusa, a zwłaszcza tajemnice Jego męki. Piotr czerpał ze wszystkich życiodajnych źródeł,  o czym świadczy również długa kontemplacja krwi Jezusa wylanej dla niego, która kończy się następująco:

Patrz więc na krew, która płynie ze wszystkich części ciała z powodu   związania, dręczenia, biczowania i ukoronowania cierniem – to wszystko dla ciebie, tak, jakby nie było innych, tylko ty […]

Jeśli te oznaki miłości nie poruszyły cię,wejdź w siebie i rozważ, jak na krzyżu wylała się za ciebie najczystsza krew Baranka bez skazy.

Jeśli to nie wystarczy, zbierz osobno najczystszą krew i wodę, która wypłynęła z boku Pana... Ale nie doszukuj się w Jego ludzkich cierpieniach jeszcze większych oznak Boskiej dobroci...

Podczas kontemplacji krzyża Piotr miewał wewnętrzne odruchy czułości dla Chrystusa i zalewał się łzami.  Był wzruszony, ponieważ krzyż odsłaniał przepełnione dobrocią serce Jezusa, który przyjął życzliwie całe okrucieństwo tych, którzy niesprawiedliwie Go prześladowali. Myśl ta powraca często w Memoriale kiedy pisze:

Im więcej było wrogości wobec Chrystusa, zawziętości,  żeby odepchnąć Go daleko i zniszczyć jego władzę, tym bardziej Jezus okazywał miłość; pragnąc  złączyć się i zjednoczyć, z tym który mu źle życzył i wyrządzał zło, zamiast odsunąć się od niego, unikać go i nie myśleć o nim, Jezus oddawał się całkowicie, ofiarowywał swoje ciało temu, który Go biczował, wylewał swoją krew, aby go uleczyć, przez całe życie i poza śmierć.

Faber widział się wśród grzeszników, którzy tak bardzo znieważają Boga. Uważał się winnym wielkiej niewdzięczności i tylu złych uczynków wobec [swego] Pana. Ale jego serce rozczulało się, kiedy widział że Jezus pozwalał okrutnie się biczować, aby on, Piotr, sam uznał swą własną podłość i aby mógł zasmakować substancji najczystszej krwi Bożej miłości.

Piotr uwielbiał kontemplować to serce, które zostało przebite i z którego wypłynęła krew, aby uzdrowić chore i stwardniałe serce tego, który w Niego uwierzy. Rozpoznawał się w postaci Longina, ślepego żołnierza, który według legendy1 przebił serce Jezusa, po czym skorzystał z krwi, która wypłynęła, aby zostać oświeconym. Krzyż jest słodką i niezgłębioną odpowiedzią na absolutną miłość Boga do grzeszników, którzy Go uśmiercili:

Nic nie triumfuje lepiej nad okrucieństwem, gniewem, podłością i wszelkim zachowaniem niezgodnym z miłością, niż ta łagodność Baranka, który nie opierając się razom i obejmując wszystkich ludzi życzliwością i serdecznością, pozwala temu, który bije na wszystko, co chce, bo w końcu (a jeśli nie wtedy, to już nigdy) jego serce pęknie i zmięknie na widok tak wielkiej cierpliwości i głębokiej dobroci.

UZDROWIENIE: DZIELIĆ MĘKĘ JEZUSA NA KRZYŻU

Piotr wyznał że nie jeden raz poczuł ukojenie kontemplując Jezusa na krzyżu. W związku z tym pisze : Jedyną Jego odpowiedzią na moje ciosy jest wylana Krew, a czasem także udziela mi łaski, abym z Niej skorzystał. Ale skorzystał w pełni z łaski Krzyża, kiedy zgodził się prawdziwie umrzeć dla siebie i  oddał się życiodajnej łasce Chrystusa który umarł na krzyżu dla zbawienia wszystkich ludzi. Dlaczego pragnął tej śmierci? Dlatego, że zdawał sobie sprawę z kruchości swej miłości. Jego relacje z Bogiem, z sobą samym i z innymi nie opierały się na dostatecznie silnych fundamentach. Z pewnością widział dowód swoich ograniczeń w tych wszystkich swoich lękach, które brały się stąd, że odrzucał miłość Boga ukrzyżowanego: Wtedy gdy niepokoił się brakiem odczuwalnych znaków Boga Ukrzyżowanego, bądź wtedy gdy dręczyły go żądze wciąż jeszcze obecne pomimo wszelkich wysiłków aby je przezwyciężyć, czy wreszcie wtedy gdy lękał się że nie uczynił nic dobrego i wartościowego. Chciał, aby jego krzyż był prawdziwym wyrazem miłości, a nie lęków i egoizmu:

Obym mógł się nauczyć nieść inny krzyż, bardziej miły Bogu. Chcę powiedzieć: krzyż wielkich i nieustannych prac dla miłości Bożej i Jego chwały, dla osobistego uświęcenia i zbawienia mych braci! Dla Boga - wchodząc coraz wyżej, dla mnie – schodząc coraz niżej, dla bliźniego mego – dwojąc się i trojąc, aby dać z siebie wszystko i sięgać coraz dalej pracowitą dłonią. To dlatego, że nie niosę ochoczo tego krzyża, tamten inny jest dotkliwy i bolesny dla mojego ducha.

Zapragnął umrzeć dla życia w świece, gdzie jest się przywiązanym do rzeczy ulotnych, nietrwałych i hałaśliwych. Nie chciał budować na piaskach, a więc zbudował swój dom na skale i na zasługach Chrystusa, i pragnął żyć tylko wedle ceny tak drogo zapłaconej za swoje odkupienie.

Piotr rozumiał krzyż Jezusa jako najtrwalszą miłość. Z niego czerpał siły do życia wewnętrznego i apostolskiego. Uczył się akceptować i nieść swój własny krzyż z łagodnością i słodyczą wzorem cierpliwego i łagodnego Chrystusa, który odpłaca dobrem za zło; pragnął współuczestniczyć w strapieniach swego Pana.

To pod tym znakiem współczucia i współcierpienia przeżywał łaskę trzeciego tygodnia Ćwiczeń Duchowych.

1. Po pierwsze: jeśli zrezygnował z upodobania do wyczuwalnej pobożności, to dlatego że współczuł niedoli Jezusa opuszczonego przez wszystkich uczniów i przez Ojca. Stał się cierpliwy wobec faktu, że Bóg czasem pozwalał mu na brak żarliwości, po to aby on sam przyjął Go sercem jako Boga biednego, który dobrowolnie rodzi w chłodzie stajenki.

2. Po drugie: jeśli odrzucił uczucie niepokoju, kiedy stary człowiek wyłaniał się w nim na skutek żądzy, silniej niż kiedykolwiek przedtem, to dlatego że współczuł w cielesnych cierpieniach Jezusa. Wytrwa, póki  Bóg będzie dopuszczał te pokusy ciała, bo pragnie dowieść, że tylko Bóg jest godny poszukiwania, pożądania i umiłowania ponad wszystko.

3. I wreszcie, jeśli postanowił nie przejmować się tym, że nie weźmie już w swe ręce żadnego owocu swoich dzieł, to dlatego że współczuł w upokorzeniach Jezusa i w jego upadku. Uznał się niegodnym sługą, który jest szczęśliwy mogąc dokonywać małych rzeczy wedle łaski mu danej, znajdując spokój w radości z poznania, służenia, uwielbienia i naśladowania Chrystusa wedle swojej miary  Mając za jedynego sędziego i świadka swoich uczynków Jezusa ukrzyżowanego, czuł się wolnym od niepokojów i troski o to, czy będzie chwalony, czy krytykowany. Czuł się mniej narażonym na zniechęcenie w obliczu miernych wyników swojej posługi. Szedł z większą pewnością do swoich braci aby ich ujrzeć, aby ich wysłuchać.

Piotr traktował swój krzyż jako łaskę. Godząc się nań tworzył fundamenty nowej formy pocieszenia. Pisał:

Jakże to Panie… wolisz być sługą wszystkich, ostatnim i najmniejszym między małymi – Ty jesteś w cierpieniach , Ty jesteś pokryty potem , Ty jesteś atakowany i pogardzany aż do męki i hańby śmierci na krzyżu! Ty cierpisz mój Panie, aby Twoi znaleźli wytchnienie; Ty smucisz się,  aby oni się radowali, Ty umierasz,  aby dać im zmartwychwstanie.

Znajdował teraz pocieszenie, kierując się ku temu co należy do krzyża. Po tym jak Pan zostawił mu jego stare rany, pisał: Byłoby dobrze, aby moje rany duchowe i blizny moich ułomności, wciąż jeszcze nie wyleczone, otworzyły się na nowo.  Dlaczego mam się smucić, kiedy wróg mnie gnębi – dodawał. Czy to nie jest znak, że spełnia on wolę Boga, który tak bardzo ukochał ludzi i cierpiał za nich. Te męki łączyły go z mękami Chrystusa i nie chciał mieć innych radości i smutków oprócz tych, które odpowiadają, łączą się i prowadzą do radości i smutków Chrystusa i Jego Matki..., czyli cierpienie za grzechy, które rozpoznawał w sobie i w swoich bliźnich, zarówno doczesne, jak i wieczne.

Przyjął z większą miłością swe udręki, ponieważ jego życie było uporządkowane w Bogu, nie kochał już siebie w sobie, ale cały był skierowany na chwałę Bożą, na zbawienie swej duszy i na dobro bliźniego. Taka jest prawdziwa pobożność. Szukać i kochać Boga dla Niego samego do tego stopnia, aby nie pragnąć Go już więcej dla swych własnych spraw, nawet gdyby chodziło o znalezienie lekarstwa na pokusy i strapienia. Unikał tym samym pułapki kochania Boga jak najemnik, a więc w sposób uproszczony, on, który czuł się powołany do coraz większej miłości.

Memoriale nie kończy się triumfalnym śpiewem, w którym krzyż byłby nieobecny. Piotr Faber czuł swoje rany do końca życia. Możemy przeczytać w dzienniku: Czułem również w tych dniach takie doświadczenia pokus, że potrzebowałem obfitej łaski, aby dać odpór poczuciu mojej nędzy i różnym pokusom zrodzonym z moich lęków, słabości i niedostatków. Aż do końca życia Piotr niósł swój krzyż tak, jak potrafił, w lęku i niepokoju. Niesienie krzyża z większą łagodnością i cierpliwością było oznaką jego wyleczenia. Tak objawiała się w nim chwała krzyża: uzdrowieniem, które działa jak ukojenie i zapewnia dostateczny spokój na dalszą drogę. Był jak biedak żebrzący o lek z dnia na dzień, przez całe swe życie. Ale to doświadczenie nędzy okazało się bogactwem i darem. Potrafił pomóc bliźniemu, który doznawał podobnych strapień. To drzewo krzyża zakwitło i przyniosło wiele owoców.

LEKARSTWO NA DZIŚ

Krew Jezusa była więc najodpowiedniejszym lekiem na duchowe udręki Piotra Fabera. Rozpoznał, w jakim stopniu Jezus był kochany przez Ojca i kochał ludzi,  służył im i cierpiał, przyjmując na siebie wszystkie wymierzane przez nich ciosy. Jak Jezus został opuszczony przez Ojca po to, by nas odkupić z wszelkiej nieprawości wobec Boga, tak też Piotr był opuszczony przez Boga w doświadczeniu oziębłości swego serca. Potem, tak jak Jezus, który doznawał najgorszych mąk na ciele, aby w pełni solidaryzować się z naszą ludzką kondycją i doprowadzić nas do Ojca, Piotr był mocno dręczony różnymi pragnieniami i pokusami. I wreszcie, tak jak Jezus, który był potraktowany niczym złoczyńca przez ludzi, którym wybaczył, których oczyścił i odkupił, tak też Piotr kochał bliźniego swego miłością przezwyciężającą przeszkody na drodze do miłosierdzia. W miarę, jak Piotr włączał w swe życie sens i wartość strapień Jezusowych, uczestniczył w zbawczym dziele Chrystusa.

Piotr pisał :

Jezus zapragnął przyjść ukryty w ciele, po części dlatego, aby pokazać mężczyznom [i kobietom], jak mają się do Niego odnosić. Dla nas jego życie jest świadectwem wielkiej miłości: odpowiedział w sposób nadzwyczajny na miłość Boga, choć we własnym mniemaniu niósł swój krzyż żałośnie, byle jak i często go odrzucając. Ten paradoks daje się wytłumaczyć tylko jego wielką miłością do Boga. Im bardziej Go kochał, tym gorzej znosił swój brak odpowiedzi na wezwania miłości Boga, który na krzyżu wziął na siebie nasze grzechy. Łaska – pisał -  czeka za drzwiami i bez przerwy puka; zawsze i wszędzie nas wyprzedza i czeka, byśmy podjęli z nią współpracę na miarę naszych możliwości …

Miłość Jezusa ukrzyżowanego wryła się weń tak mocno, że otwarła się droga, prowadząca [go] do źródeł tej miłości i powiewu świętości. Warto zauważyć co najmniej cztery wielkie dobrodziejstwa w doświadczeniu krzyża u Piotra Fabera:

1. Łaska rozeznania swego własnego krzyża;

2. Łaska znalezienia potężnego lekarstwa w kontemplacji krzyża Jezusowego,  smakowania słodyczy krzyża i czerpania zeń siły za każdym razem, gdy tylko był w stanie oddać się tej kontemplacji.

3. Łaska zaakceptowania krzyża tak, żeby żyć z krzyżem cierpliwie i nie przestawać kochać mimo wszystko.

4. I wreszcie łaska uczestniczenia w zbawczym dziele Chrystusa ukrzyżowanego, który uwalnia nas od śmierci i grzechu; łaska której dostąpił nie tylko dla siebie, ale również dla bliźnich, kiedy widząc zranione, udręczone serca, brał swój krzyż i prowadził ich do Boskiego lekarza, który tak szczodrze szafuje swymi lekami.

Piotr stał się apostołem rany Chrystusa ukrzyżowanego, który przelał za nas swą krew. Jako apostoł serca Jezusowego może zawsze pomagać nam, ludziom dwudziestego pierwszego wieku, jak żyć pozytywne z naszym własnym krzyżem, prawdopodobnie nie tak bardzo różniącym się od jego krzyża. Kiedy doświadczamy czy to choroby (fizycznej, psychicznej lub duchowej), czy zła politycznego lub ekonomicznego (wojna, bezrobocie, aids), czy jakichkolwiek innych strapień w wymiarze osobistym i społecznym, Bóg objawia nam swą słodycz w tajemnicy krzyża, a Piotr Faber pokazuje nam, jak słodko jest dzielić cierpienia podobne do Jezusowych. Tak oto, ufność i nadzieja, jakie pokładamy w Chrystusie ukrzyżowanym, czynią nas zdolnymi do tego, by znosić i przechodzić przez udręki i kochać coraz więcej, a to jest rzecz najważniejsza w życiu. Na zakończenie przytoczę jedną z wielu modlitw, jakie Piotr Faber zanosił do Chrystusa na krzyżu:

O Jezu Chryste, spraw, aby Twa śmierć stała się moim życiem, naucz mnie znajdować życie w Twojej śmierci. Niech Twoje prace będą dla mnie odpoczynkiem, Twoja ludzka słabość – moją siłą, Twoje upokorzenie – przedmiotem chwały, Twoja męka – moją rozkoszą; Twój smutek – moją radością; niech Twoje poniżenie stanie się miejscem mego podwyższenia, a wszystko, coś Ty wycierpiał, niech będzie jedyną rzeczą, jaką posiadam. Bo Ty, mój Panie, odnowiłeś życie, staczające się niechybnie ku śmierci, a śmierć, która, zdawałoby się, na zawsze pozostanie niewzruszona, została przez Ciebie pokonana.

Loyola, Hiszpania, 24 sierpnia 2006

Louis-Martin Cloutier, SJ

tłum. Teresa Gruszecka

 

 


© 2002 by Europejskie Centrum Komunikacji i Kultury (ECCC)
ul. Olecka 30, 04-984 Warsaw, Poland,
tel. +48 22 872-04-41;fax +48 22 872-02-85
Powered by: Joomla 
Created by: k_fied.