Moje zbawienie nie dokonuje się w pojedynkę. Dokonuje się we wspólnocie z innymi ludźmi, którzy również wybierają drogę za Chrystusem. I gdy myślę o zbawieniu, to myślę zazwyczaj o spotkaniu z Chrystusem, właśnie o tym wybieraniu drogi ku Niemu. Ale zbawienie nie zaczyna się w tym momencie. To tylko jedna z jego części. Owocem zbawienia, które dokonuje się już teraz pośród nas jest z pewnością uzdrowienie w sferze duchowej, fizycznej, emocjonalnej, uwolnienie od nękających nas złych myśli, nastrojów, większa dyspozycyjność w bezinteresownej służbie dla innych, postawienie Boga w centrum naszego życia. Jednym słowem wzrost wiary, nadziei i miłości w naszych sercach. Tak, to prawda. Ale nie jest możliwe, abym stał się uczestnikiem tego zbawienia, jeśli nie rozpocznie się ono na płaszczyźnie odkrywania słabości.
Zazwyczaj, gdy myślę o nawróceniu, zaczynam się zastanawiać nad złem popełnionym przeze mnie, nad moimi osobistymi grzechami. To dobrze. Ale to nie wystarcza. To moje myślenie o wyrządzonej przeze mnie szkodzie nie może mnie zatrzymywać na mnie samym. Ma mnie, bowiem doprowadzić do zrozumienia i głębokiego, wewnętrznego przeżycia rzeczywistości grzechu w wymiarze powszechnym. Jeśli odkrywam w sobie jakąś słabość i jeśli jest to szczere i wolne stawanie w prawdzie o sobie samym, to doprowadzi mnie ono wcześniej czy później do spotkania się z innymi. Doprowadzi mnie ono do uświadomienia sobie rzeczywistości Kościoła, którą tworzą ludzie słabi. Kościół - wspólnota ludzi na drodze do zbawienia - to nic innego jak wspólnota słabych, którzy chcą pomagać takim jak oni sami, równie słabym. Autentyczne dotknięcie mojego osobistego grzechu pozwoli mi zbliżyć się do innych, do równie słabych jak ja, do tak samo poranionych jak ja, do tak samo cierpiących z powodu zła i egoizmu jak ja. Czy mam odwagę poczuć solidarność z moimi współbraćmi i współsiostrami w wymiarze słabości i grzechu? Czy mam odwagę spotykając alkoholika, narkomana, człowieka uzależnionego od seksu, złodzieja… czy mam odwagę nie osądzać, ale uświadomić sobie, że ten sam oścień zła dotyka również i mego serca, choć może rani mnie w mniej wstydliwy sposób? Czy mam odwagę przyznać się, że wszyscy zgrzeszyliśmy, że wszyscy jesteśmy dotknięci tą samą chorobą i w pewnym sensie niczym nie różnimy się od siebie:
Nie ma bowiem różnicy, gdyż wszyscy zgrzeszyli (Rz 3, 23). Różnice wprowadza moje przewrotne serce, by usprawiedliwić się przed samym sobą.
Dlaczego tak mam spojrzeć na innych? Nie chodzi o to, by wpędzać się w poczucie winy. Chodzi jedynie o to, by zrozumieć, że wszyscy jednakowo jesteśmy słabi, że moje osądzanie innych nie jest żadnym rozwiązaniem. Gdy bowiem przeżyję tę głęboką solidarność z innymi, równie dotkniętymi złem jak ja, tylko wtedy będę mógł odczuwać skutki zbawienia w wymiarze wspólnoty, w wymiarze Kościoła: mojej wspólnoty zakonnej, wspólnoty małżonków, wspólnoty miejsca pracy, wspólnoty modlitewnej i jakiejkolwiek innej, w której jestem… Tylko wtedy będę zdolny do przebaczenia, do stracenia czegoś ważnego dla innego, tylko wtedy będę umiał przyjąć z autentyczną pokorą uszczypliwości, nieraz kłody rzucane mi przez innych, a moje serce będzie wolne od wrogości. Tylko wtedy.
Panie, proszę Cię, zachowaj mnie od skrywanego przede mną samym pragnienia bycia lepszym od innych, stawiania siebie ponad innymi. Przemyj me brudne oczy, bym przejrzał, bym swych braci i siostry traktował z miłością, na równi z sobą.