Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? (Łk 9, 54) |
Moje nieustanne nawracanie się. Moje codzienne konfrontowanie się z prostymi rozwiązaniami, prostymi receptami na uzdrowienie świata, innych, sąsiadów, tylko nie siebie samego. Czemu, Panie, we mnie tak wiele lenistwa? Dlaczego szukam tak prostych rozwiązań: spalić, zniszczyć, odrzucić to, co dla mnie niewygodne, co mnie przerasta, co mnie boli, co jest inne od mojego osobistego myślenia? Jak bardzo się zapomniałem i zagalopowałem w moim pośpiesznym osądzaniu i wydawaniu wyroków na innych? Co więcej, są one dobrze i pobożnie uzasadnione: przecież to Twoi wrodzy, przecież to głupi ludzie, przecież oni nic nie rozumieją, przecież tak będzie najlepiej! Najlepiej? Ale dla kogo? Dla nich? A może jednak dla mnie? Jak wielka we mnie pokusa, by radzić sobie z życiem po swojemu, tak, jak chcieli to uczynić Twoi uczniowie. A przecież byli blisko Ciebie, szliście razem i nie zostaliście przyjęci w gościnę. Prosta reakcja, prosty kodeks sprawiedliwości, którym i ja tak często kieruję się na co dzień: osądzić, odrzucić, zniszczyć, sprowadzić ogień, który strawi człowieka, tych, którzy są przeciwko mnie. I w swym zaślepieniu nie dostrzegam, że ten ogień niszczy najpierw mnie, niszczy moje serce i mego ducha. Bo tyle w nim zawziętości, nienawiści, zgorzknienia, choć chowanych i skrywanych, gdzieś w głębi siebie, do których trudno się przyznać. A Ty Panie idziesz dalej, szukasz tych, którzy Cię przyjmą w gościnę, którzy chcą Cię słuchać. Odchodzisz od tych, którzy Cię nie przyjęli i nie czujesz do nich nienawiści. Nie chcesz im pokazać za wszelką cenę, nie chcesz ich do niczego zmuszać. Bo do miłości nie można zmusić. Dziwisz się tylko tak zwanej gorliwości uczniów, którzy chcą sprowadzić ogień. Dziwisz się, że już postanowili, że już zdecydowali, że już osądzili i że wcześniej nie zapytali Cię o zdanie, o to, co Ty masz im do powiedzenia.
Panie, jakże często płonie we mnie ogień fałszywej gorliwości. To ogień aktywizmu, zagonienia, upatrywania swej wartości w tym, że mogę innych pouczyć, że wiem lepiej. I jakże często ten ogień trawi mnie samego odbierając pokój. A Ty chcesz nauczyć mnie tylko jednego: bym wpierw, zanim zacznę działać, bym Cię posłuchał, bym Cię zapytał, co Ty o tym myślisz, bym zrozumiał wpierw drugiego, bym zobaczył w nim swego brata i siostrę. Wtedy właśnie dokonuje się ten niesamowity cud: zaczyna we mnie płonąć płomień pokoju, zrozumienia, miłosierdzia, wybaczenia. Wiem, że po ludzku przegrywam, ale to, co czuję w sobie, w swym sercu daje mi pewność, że jest to ten płomień, który Ty przyszedłeś rzucić na ziemię i pragniesz by zapłonął także w moim sercu.
Panie, proszę, naucz mnie być z Tobą, naucz mnie pytać się Ciebie o siebie, o moje życie, o innych, o świat, o to, co mogę uczynić dla innych… Rozpal we mnie ogień Twojej miłości!