 |
Przyzwyczailiśmy się już do tego, że swoje rekolekcje odprawiamy w dwóch ważnych okresach roku kościelnego: w Adwencie i przede wszystkim w Wielkim Poście. Gdy jednak przyglądamy się świadectwom ewangelistów o tym, co działo się tuż po Zmartwychwstaniu Jezusa, winniśmy do tych dwóch okresów dołączyć jeszcze jeden, który zwyczajowo nie jest przez nas tak traktowany. Chodzi oczywiście o czas wielkanocny, o czas świętowania Zmartwychwstania, czas, gdy Jezus ukazuje się swoim uczniom, którzy wcale nie są radośni, nie są przepełnieni optymizmem i zapałem, ale jakby nadal ślepi, zatrwożeni, przestraszeni, niepewni jutra. Są tacy jak... my, bo wycofujący się z kontaktów z innymi; bo pełni obaw o jutro zamknięci w Wieczerniku. Są pogubieni, rozproszeni. Nie są razem, gdy nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego Jezus przychodzi do nich, nie ma ich wszystkich. Są ślepi, bo zarówno nad brzegiem jeziora, jak i w drodze do Emaus Jezus jest z nimi, a oni prawie go nie rozpoznają! Gdy przychodzi do nich do Wieczernika, trudno uwierzyć im w Jego realną obecność. Gdy dzielą się dobrą nowiną o życiu Jezusa z Tomaszem, ten nie wierzy. Jezus proponuje im więc rekolekcje: przychodzi do nich, pozwala się dotykać, ukazuje się im, towarzyszy im w drodze, wyjaśnia im Pisma, tłumaczy, przekonuje przynosi jedzenie i zaprasza do ogniska, gdzie pieką się ryby, zaprasza do stołu i błogosławi chleb i wino, łamie chleb i im daje. Umacnia ich wiarę, nadzieję i miłość przede wszystkim swoją obecnością i dobrym słowem. Przychodzi do nich i jest z nimi niezniechęcony ich ślepotą, małodusznością, niewiarą, małostkowością, brakiem nadziei.
W tym roku Bóg i nas zaprosił w szczególniejszy sposób, aby to, co stało się udziałem apostołów było również i naszym udziałem: Bóg zaprosił nas do odprawienia naszych osobistych, a zarazem wspólnotowych rekolekcji w okresie wielkanocnym, posyłając do nas jeszcze raz swoje słowo zapewnienia o tym, że żyje, że się o nas troszczy, że jest dobry, że o nas nie zapomniał, że nie odwrócił się do nas plecami. Uczynił to przez wielkiego człowieka, naszego rodaka, który przez ostatnie 27 lat przyłączał się do nas tak, jak Jezus do uczniów w drodze do Emaus. Przyłączał się do nas pełen miłości i cierpliwości wyjaśniając nam Pisma, będąc z nami, łamiąc z nami chleb na placach i ulicach naszych miast, obdarowując nas hojnie słowem pokrzepienia, pocieszenia i przypomnienia, że pomimo trudności jakie przeżywaliśmy, pomimo bycia tak bardzo podobnymi do zgnębionych i upadających na duchu uczniów, pomimo tego wszystkiego Bóg jest z nami i o nas nie zapomniał. A nam było z nim dobrze, choć może nie od razu pojęliśmy to, o czym do nas mówił przez tyle lat. Aż w końcu przyszedł czas, gdy on zniknął nam z oczu. I to najważniejsze pytanie, które pozostało i które musi do nas powracać: Czy otworzyły nam się oczy i czy rzeczywiście go poznaliśmy? Czy rzeczywiście pojęliśmy przykład, który nam zostawił?
Nieraz słyszeliśmy wspaniałe słowa kierowane do nas przez niego. Nieraz za pośrednictwem mediów - a może czasem osobiście byliśmy świadkami gestów miłości kierowanych w stronę wierzących i niewierzących, gestów, które można streścić słowami Ewangelii:
kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.
Zapewne każdy z nas ceni sobie jakąś szczególną cechę w Proroku naszych czasów. Dla mnie tą cechą jest postawa miłości: oddania swego życia za Kościół i dla Kościoła, dla Chrystusa. Oddania swego życia za wspólnotę ludzi grzesznych i słabych, którzy nie zawsze dobrze rozumieli i przyjmowali przesłanie zawarte w słowach, które płynęły z ust Papieża jak chociażby trudne momenty w czasie jednej z pielgrzymek do kraju, gdy Ojciec Święty śmiało przypominał słowa Boga. Dekalog - Dziesięć Słów Boga, które dla wielu były niepopularnym wezwaniem do nawrócenia i uszanowania woli Bożej bardziej niż swojej własnej. Gdy Ojciec Święty zaczynał wymagać od nas więcej, klaskaliśmy mniej. Ale dziś wiemy, że miał rację i nie bał się nas upominać i od nas wymagać. Nie bał się głosić nam Chrystusa ukrzyżowanego, tak jak czynił to św. Paweł:
Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego.
Jeśli pytamy dziś jak to się stało, że ten skromny człowiek podołał tak wielkiemu zadaniu kierowania Kościołem na wzór Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza, to jedyną odpowiedzią jest krzyż Jezusa Chrystusa. Krzyż, który zawsze towarzyszył Ojcu Świętemu. Krzyż, który był przez niego głoszony w spotkaniach z ludźmi i w jego własnym życiu, gdy sam go dźwigał oddając siebie za życie Kościoła.
Czy pojmujemy przesłanie Ojca Świętego, w którego centrum stoi Chrystus ukrzyżowany? To niepopularny dziś obraz Jezusa. Jakże łatwo jest nam przyjmować chwałę Jezusa Zmartwychwstałego, a jak trudno przyjąć prawdę o Jezusie cierpiącym za mnie i za mój grzech? Prawdę o tym, że kto chce pójść za Jezusem, ma się zaprzeć samego siebie i wziąć swój krzyż na ramiona? Czyż nie ta nauka jest centralnym przesłaniem, które głosił nam Ojciec Święty swoim życiem i swymi słowami?
Nieść Krzyż za Jezusem oznacza być gotowym do wszelkiej ofiary z miłości do Niego oraz nie stawiać nikogo i niczego przed Niego, nawet najdroższych osób, nawet własnego życia. Wiecie, że przylgnięcie do Chrystusa jest wymagającym wyborem. Jednak to nie sami niesiemy krzyż. Przed nami idzie On, torując nam drogę światłem swego przykładu i mocą swojej miłości.
Nie wolno nam uciec przed pytaniem: Czy dziś jest we mnie pragnienie przemiany swego życia? Nawrócenia? Przebaczenia? Tego od nas oczekiwał Ojciec Święty samemu nawracając się, samemu przebaczając, samemu będąc pokornym sługą Boga, dźwigającym krzyż, który paradoksalnie daje życie. A może słowa Dekalogu i słowa o krzyżu Jezusa wywołują we mnie przygnębienie, takie jak to odczuwane przez uczniów w drodze do Emaus? Jeśli tak jest to znaczy, że potrzebuję nawrócenia.
Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? pyta Jezus uczniów w Wieczerniku po umyciu im nóg. Czy rozumiemy, co Bóg nam uczynił przez osobę Jana Pawła II? Czy rozumiemy, że dał nam siebie w jego osobie i w jego słowach, w postawie służby i uniżenia? Czy to nam wystarcza by się nawrócić, czy chcemy czekać na innego proroka?
Jak dziś odczytujemy cud 27 lat pontyfikatu Jana Pawła II i jego pokornego gaśnięcia w cierpieniu, w znoszeniu krzyża choroby? Co to dla nas znaczy dziś, tu i teraz? Co to znaczy dla mnie jako Polki, Polaka wezwanych, by dawać swoje życie za ten kraj, za ten Kościół, za swoją rodzinę, za swoją wspólnotę, za swoich przyjaciół i nieprzyjaciół?
Polska, którą Jan Paweł II kochał i dla której tak wiele uczynił. Kraj i ludzie, o których tak bardzo się troszczył i których tak bardzo miłował i dlatego przypominał i pouczał:
Co to znaczy: - czuwam? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam, i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężyć je w sobie. To taka bardzo podstawowa sprawa, której nigdy nie można pomniejszyć, zepchnąć na dalszy plan. Nie. Nie! Ona jest wszędzie i zawsze pierwszoplanowa. Jest zaś tym ważniejsza, im więcej okoliczności zdaje się sprzyjać temu, abyśmy tolerowali zło, abyśmy łatwo się z niego rozgrzeszali. Zwłaszcza, jeżeli tak postępują inni... Czuwam - to znaczy dalej dostrzegam drugiego... Czuwam - to znaczy miłość bliźniego - to znaczy: podstawowa międzyludzka solidarność.Czuwam - to znaczy także: czuję się odpowiedzialny za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska. To imię nas wszystkich określa. To imię nas wszystkich zobowiązuje. To imię nas wszystkich kosztuje.Panie, daj nam siłę byśmy brali co dzień swój krzyż na ramiona, byśmy znajdowali w nim życie, aby tym życiem dzielić się z innymi oddając siebie tak, jak Ty to uczyniłeś. Tak, jak tego wzór pozostawiłeś nam w osobie Jana Pawła II. Pomóż nam przyjąć Dobrą Nowinę o krzyżu Chrystusa, abyśmy mogli także żyć owocami Jego zmartwychwstania.